Polonia Warszawa. To dopiero początek

Paradoksalnie, koniec Polonii Warszawa, jaką znamy, może być początkiem czegoś zdrowego, rozsądnego i ponownie zakorzenionego w wartościach tych, którzy 102 lata temu założyli "Czarne Koszule".

W 2011 roku byłem rzecznikiem prasowym Polonii Warszawa, ciągle pozostaje jej wiernym kibicem. Po raz drugi w ciągu niespełna roku kibice Polonii przeżywają dramat rozpadającej się drużyny. Co więcej, dramat jeszcze bardziej przykry i jeszcze trudniejszy niż rok temu, kiedy po odejściu z Konwiktorskiej Józefa Wojciechowskiego nad Konwiktorska wisiała groźba spadku do niższych klas rozgrywkowych. Wraz z przyjściem Ireneusza Króla, katowickiego biznesmena, który chciał przenieść drużynę na Śląsk, pogrzebane zostało to, co eksplodowało wtedy pozytywna energia zmiany: chęć założenia klubu powszechnego, otwartego na wielu kibiców, zorganizowanego na zasadach zachodniego systemu 'socios', kibiców udziałowców. Coś, co mogło przynieść wielką zmianę już wtedy, nagle okazało się niemożliwe, gdy wraz z przejęciem klubu, Król zablokował możliwość startu od czwartej ligi, pozostawiając "Czarnym Koszulom" w nowym wydaniu jedynie trudną drogę najniższej możliwej klasy rozgrywkowej. Klasy, w której niezależnie od licznych wysiłków federacji, nadal rządzi przypadek, a często prawo pięści i brutalnego faulu. Z dala od kamer, z dala od kontroli, tam może dziać się wszystko. Ta decyzja, choć odważna, skazywałaby klub na dziesiątki lat sportowego niebytu.

Oczywiście, ktoś powie: można było odrzucić Króla, tak jak to zrobili kibice w Katowicach, kiedy przyszedł z nabytą od Wojciechowskiego licencją Polonii. Powiedzą: trzeba było protestować, a nie układać się, bo wtedy oczywiste jest, że Was może spotkać to samo. Ale tutaj nie było prostej możliwości sprzeciwu: nawet w obecnej sytuacji Król udowadnia, że protesty mogą być, ale kasa - jego, nie klubu - musi się zgadzać, więc pewnych decyzji po prostu nie podejmie. Jeśli już przejął klub, ciężko było wierzyć w to, że nagle się podda i odda go stowarzyszeniu kibiców.

Zresztą to nie ma większego znaczenia: ta sytuacja spowodowała wystarczające podziały w środowisku. Część kibiców przestała przychodzić na Konwiktorską, inna poczuła się niewysłuchana. Polonia do rządów nowego właściciela przystąpiła nie tylko piłkarsko operująca na bazie chaosu, ale także w wewnętrznej niezgodzie.

Paradoksalnie, to doprowadziło do powstania drużyny, która nie mogla zaistnieć przez lata rządów Józefa Wojciechowskiego. Kiedy zabrakło pieniędzy, drużyna mogła polegać tylko na sobie: swoim sercu, zaangażowaniu, oddaniu dla trzech liter w klasycznym herbie: KSP. Powstała drużyna, która przez długie tygodnie grała najbardziej atrakcyjny, ofensywny futbol; która miała szanse zostać mistrzem Polski, rywalizując z lokalnym rywalem wspieranym przez stabilny, giełdowy koncert medialny i sympatyzujące władze miasta lub klubami z milionowymi budżetami i nowymi stadionami, jak Lech czy Śląsk Wrocław. Ale to nie idea straty mistrzostwa boli najbardziej, ale właśnie tego ducha, energii, wewnętrznej siły, która pozwalała Polonii utrzymywać się na powierzchni wbrew wszystkim sytuacjom. Grający za darmo piłkarze, którzy codziennie musieli się martwić o to, jak dojechać na trening czy co zjeść, aby utrzymać względnie sportową dietę, stali się symbolami walki i nieustępliwości w beznadziei: nie odstawiali nóg, dyktowali trudne warunki wszystkim rywalom. Piłkarze dobrze się czuli ze sobą, po raz pierwszy od dawna zostawiając za sobą wspomnienia skłóconej, skupionej na pozyskaniu kolejnej premii szatni. Grali dla siebie: dla klubu, dla może nielicznej, ale wyjątkowej publiczności na Konwiktorskiej. Dla dzieciaków, które zaczepiały ich w klubowej kawiarni; dla udowodnienia czegoś sobie samym. Reaktywowali, nieco przypadkiem, duch, który towarzyszył założycielom Polonii w 1911 roku.

Warto o tym dziś pamiętać. Prawdziwie polonijna, absurdalna w swojej złożoności, jest sytuacja, w której Czarne Koszule jednocześnie spadają jakąś - jeszcze nieznaną - liczbę lig w dól w hierarchii, zamieniając Legie i Lecha na Wicher Kobyłka i Wigry Suwałki, ale też sportowo zajmują miejsce ocierające się o europejskie puchary. To nie jest częste, że po rozwiązaniu kontraktu z winy klubu, po wielu miesiącach zaległości finansowych, piłkarze na własną prośbę zostają w klubie do końca sezonu w imię demonstracji siły w sytuacji beznadziejnej. Myślę, że podobny sposób myślenia; podobne nastawienie towarzyszyło tym piłkarzom Czarnych Koszul, którzy zdobywali pierwsze powojenne mistrzostwo Polski na gruzach Starówki lub tym, którzy grali w czarnych koszulach z potajemnie przyczepiana tarcza, symbolizujaca tesknote za Polską. Tak samo zespół Piotra Stokowca tęsknił za normalnością, oddając krople potu i ostatnie siły nie pieniądzom, nie sukcesom, ale idei, która trzymała ich na Konwiktorskiej. Wspólnej tożsamości. Wspólnocie.

To dużo ważniejsze od tego, co zrobił - albo czego nie zrobił - Ireneusz Król. Sukces przecież rzadko buduje się na sukcesie. Wręcz przeciwnie: buduje się na porażce, na frustracji, złości, zagryzieniu zębów, które poprzedza jeszcze większy, mocniejszy, silniejszy wysiłek. Czasami potrzebna jest nawet katastrofa.

To, co ważne, to fakt, ze katastrofa jest organizacyjna. Duch frustracji, złości, irytacji znów łączy kibiców Polonii, a połączony z duchem drużyny daje fenomenalne połączenie motywacji, walki i determinacji. Ktokolwiek stanie na czele klubu po dzisiejszych wydarzeniach, będzie odpowiedzialny nie za spółkę akcyjną, ani nie za księgę rachunków, ale za wspólnotę. Musi być świadomy tego, że znacznie bardziej od kalkulatora, to właśnie zrozumienie tożsamości staje się kluczem dla odbudowy Polonii - dumnej, mądrej, zdrowej, zrównoważonej. Takiej, która nie może funkcjonować na zasadzie kaprysu, ale na zasadzie planu, zakorzenionego nie tylko w gabinecie prezesa, ale planu, który przenika wspólnotę klubową i miejską. Na zasadzie idei, która łączy wszystkich: od właściciela kawiarni na Konwiktorskiej, przez pracowników WOSiRu, kibiców prawicowych, lewicowych, centrowych, właścicieli kotów, rybek, leworęcznych, wykształconych, robotników, warszawiaków i słoików. Polonia jest dla nich jakąś formą tożsamościowej nadbudowy, czymś, co łączy ich poza tym wszystkim, co ich dzieli. Ta odpowiedzialność jest kluczowa. Ktokolwiek zasiądzie w przaśnym saloniku VIP na Konwiktorskiej, musi mieć świadomość, że to co robi odbija się gdzieś 'ponad', gdzieś indziej, że odpowiada nie za klub, jaki jest dziś i tutaj, ale odpowiada przed klubem - rozumianym jako wspólnota ludzi, wartości, historii, doświadczeń.

Szansy na to nie było w poprzednich latach. I Józef Wojciechowski, i Ireneusz Król - choć warto odnotować różnicę klas między oboma na korzyść szefa JW Construction - nie byli w stanie tego zrobić. Nie rozumieli tego. Dla nich Polonia była kolejnym biznesem, kolejnym przystankiem. Środkiem promocji, zabawką, inwestycją, kaprysem, przypadkiem. Czymś, co działało z boku; czymś, co nie było dla nich celem samym w sobie.

Najwyższa pora wrócić do tego myślenia o wspólnocie. I paradoksalnie, w tej katastrofie jest na to największa szansa od dawna. Aby pozbyć się absurdalnego brzmienia kupna licencji Groclinu, aby pozbyć się wizerunku peryferyjnej drużyny na starym stadionie, która bardziej niż swoją własną wartością, świeci kiczem, absurdem, głupotą lub krętactwem. Pora wrócić do etosu, który sprawił, że Polonia była ukochanym klubem Warszawy, który przyciągał wszystkich, niezależnie od ich statusu - także w tej dawnej, jakże zróżnicowanej społecznie stolicy!

To da się zrobić. Ale jeśli znów chcemy Wielkiej Polonii, musimy myśleć w taki, wielki sposób. Nie bać się przegrać trochę, skoro chcemy wygrać dużo. Do tej pory - od Józefa Wojciechowskiego - poruszaliśmy się ekspresową windą - góra, dól, góra. Teraz pora wybrać schody. Żadnych kroków z kupowaniem licencji, pójściem na skróty, dogadywaniem się w szemrany sposób. Do roboty. Nawet licząc się z tym, że złapiemy w pół drogi zadyszkę - to dalej zdrowe niż jeżdżenie tylko windą.

Powtórzę to, co pisałem w ubiegłym roku: Polonia? Zaraz wracamy.

Mam nadzieje, że będę mógł w tym brać udział.

PS. W związku z problemami finansowymi klubu, istnieje ryzyko, ze ostatni mecz przed spadkiem z Ekstraklasy - w najbliższy czwartek, z Piastem Gliwice - nie będzie mógł zostać rozegrany przy Konwiktorskiej z racji braku środków na opłacenie niezbędnych usług. Kibice - wspólnota, o której pisałem - chcą sprawić, żeby Polonia, niezależnie od wszystkiego, została w swoim domu na Nowym Mieście i rozpoczęli zbiórkę niezbędnych pieniędzy. Zachęcam czytelników natemat.pl, żeby dziś lub jutro po pracy zajrzeli na Konwiktorska, napili się kawy, lub piwa, zobaczyli kolekcje klubowych pamiątek, posłuchali opowieści kibiców czy Pawła, który prowadzi lokal. Wtedy zrozumieją, dlaczego warto dorzucić sie do tej akcji. Kawiarnia Czarna Koszula, Konwiktorska 6. Każdy grosz się liczy.

JK
Trwa ładowanie komentarzy...