NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Renesans tenisa? Hola, hola!

TVN24: "Odrodzenie tenisa". Polsat Sport: "Czeka nas mecz stulecia, tysiąclecia, wszech czasów". Łatwo popaść w zachwyt nad występami Polaków na Wimbledonie, ale pamiętajmy, że ich kariery to bardziej wybryk od normy. Polska nie ma systemu, który wspierałby rozwój dyscypliny.

O historii sióstr Radwańskich i Jerzego Janowicza w ostatnich dniach napisano dziesiątki artykułów. O tym, jak wcześnie zaczęli trenować; o tym, ile kosztował trening; o tym, jaki jest próg opłacalności w tenisie, przed którym bardziej klepie się biedę i trzeba wydawać własne pieniądze (co oznacza, że najpierw trzeba je mieć i to w ilościach nieprzeciętnych). Tomasz Wolfke, dziennikarz nsportu, a kiedyś szef biura prasowego J&S Cup i Orange Warsaw Open w Warszawie (gdzie grała i Radwańska, i największe rakiety kobiecego tenisa - Henin, Clijsters, Szarapowa, siostry Williams), tłumaczył, że do 150 miejsca w męskim rankingu i setnego w kobiecym ciężko mówić o utrzymywaniu się z tenisa.

Zanim się tam dotrze, trzeba wydać - chyba nie przesadzę - setki tysięcy złotych, jeśli nie miliony. Zacznijmy od początku: treningi małego szkraba, pierwsza mini-rakieta, parę piłek softów. Korty, korty, korty, trener, trener, trener. Kolejne rakiety, wyjazdy na obozy tenisowe, pomniejsze lokalne turnieje i kolejni trenerzy. Pierwsze wyjazdy do kosmicznych lokalizacji, gdzie odbywają się turnieje niższej rangi, gdzie przy złym szczęściu zarobić można co najwyżej na bilet autobusowy w obrębie miasta, żeby wrócić na dworzec (jeśli taki tam jest).

Ale takich, którzy tam dojdą - jak sam ranking wskazuje - jest bardzo niewielu. Na szybko przeleciałem wzrokiem listę męskiego rankingu i najbliżej dziesięciu tenisistów w setce są Hiszpanie. Dziesięciu tenisistów, którzy sami się opłacą, zarobią na siebie, mają szansę dostać jakieś mniejsze lub większe pieniądze od sponsorów.

Co z resztą?

Zależy, jak traktujemy tenis. W Polsce wciąż, niestety, pokutuje dziwne wyobrażenie, że to sport dla wyższych sfer. Rozmawiałem ostatnio z jednym z trenerów na warszawskich kortach, powiedział: "Wie Pan, jestem w biznesie ponad 20 lat. Myśli Pan, że sukcesy naszych mają bezpośrednie przełożenie na nowych tenisistów? Skąd. Rakieta, buty, parę lekcji, żeby zacząć przebijać. To już parę tysięcy złotych, nikt nie będzie się w to bawił, jak nie chce zostać w tym sporcie grając chociażby towarzysko na dłużej".

Ma sporo racji. Renesans tenisa, czymkolwiek jest to coś zapowiedziane na legendarnym żółtym pasku TVN24, nie nastąpi bez strukturalnych zmian. Przykład? Proszę bardzo.

Mieszkam na stałe w Londynie. Niedawno musiałem się przeprowadzić, żegnając się z centralnym Londynem i okolicami uczelni, meldując się za to w Southwark na południu miasta. Dzielnicy, która ma dość... dziwną reputację. Komukolwiek mówiłem, że tam się przenoszę, słyszałem jedno: "przeżyj". Przypominało mi to stereotypowe słowa wypowiadane przy czyjejś wyprawie na Pragę nocą - co już wzbudza wątpliwości, czy należy tego słuchać.

I porównanie z Pragą wydaje się być dość trafione. Dzielnica jest dość starawa, dość brudnawa, ale mająca swój urok i klimat. Podstawowa różnica: imigranci. W okolicy swojego mieszkania jestem w zdecydowanej mniejszości, pod każdym kątem. Mamy inny kolor skóry, jeśli wierzymy, to w coś innego, a miasta , z których się nawzajem wywodzimy, znamy raczej tylko z map. Jeszcze parę lat temu Southwark było dzielnicą dość niebezpieczną - a tu jakiś gang narkotykowy, a tu rozboje. Mi ciężko to oceniać, ale muszę zaufać tym, którzy mieszkają tam dłużej i mówią zdecydowanie: coś się zmieniło.

Co? Dzielnica oddała sporo przestrzeni do spędzania wolnego czasu. Nowe boiska szkolne, nowe zielone przestrzenie, wreszcie nowy Burgess Park - planowany od kilkudziesięciu lat, oddany tuż przed olimpiadą w Londynie. Pomyślicie, co to ma wspólnego z tym tekstem?

Bingo: w parku są korty. Siedem. I wiecie co jest najciekawsze? Że - pomimo różnic w zarobkach, nie muszę mówić, w którą stronę - w Londynie mogę wynająć WSZYSTKIE SIEDEM KORTÓW na raz, a dalej zapłacę mniej niż za godzinę gry w Warszawie. Dzięki temu korty są prawie non-stop pełne, dzieciaki - także te z trudną przeszłością i trudnych domów - zamiast ganiać się po ulicy, ganiają się za żółtą piłką. Ostatnio obok managerów z City, prosto z pracy, spotkałem tam grupę z odwyku, a także dzieciaki z domu dziecka. Spotkałem chłopaków i dziewczyny, którzy na pierwszy rzut oka przychodzili tam nie po to, aby być w światowej setce, zarabiać na siebie w ten sposób, ale po prostu dlatego, że sprawia im to przyjemność - i jest to przyjemność, na którą ich stać. Nawet jak nie mają z kim grać, idą na ściankę tenisową i ćwiczą odbicia z samym sobą.

A przecież nawet takie parkowe korty - w oczywisty sposób gorsze jakościowo od tych, na które uparliśmy się w Polsce, ceglanych - nadają się na to, aby postawić pierwsze kroki w tenisowym świecie. Zarówno dla tych trzyletnich szkrabów, które potem powinny przejść do akademii, jak i mieszkańców w każdym wieku, którzy zwyczajnie chcieliby pójść w ślady Andy'ego Murraya - dzisiejszego rywala Jerzego Janowicza - czy Laury Robson, złotych medalistów z debla na ubiegłorocznej olimpiadzie. Wraz z zapisem do klubu (około 50 złotych, w przeliczeniu) dostałem też licencję brytyjskiej federacji regulującej rozgrywki amatorów w całym kraju, dołączenie do turnieju klubowego i do ligi, aby połączyć mnie z innymi, grającymi na podobnym poziomie. Tak, aby nie zabrakło mi rywali, z którymi mógłbym grać.

Gdyby tak było też u nas - tak, Wtedy moglibyśmy mówić o odrodzeniu - jeśli w ogóle, bo czy kiedyś tenis w Polsce był wiecznie żywy? - tenisa ziemnego. Kiedy udałoby się zrobić z niego sport ogólnodostępny, zachowując jego wyjątkowy, elegancki, techniczny charakter. Jednocześnie mógłby spełniać ważne społeczne role, jak w sporawym parku na południu Londynu...

Wkrótce postaram się zbadać tę sprawę szerzej - pogadać o tym, jak działają w brytyjskiej federacji tenisowej, w miejskim ratuszu, zarówno w Warszawie i Londynie. Popytać, pozastanawiać się. Napiszę o tym pewnie już po zakończeniu turnieju, ale myślę, że to może być ciekawe studium podejścia do sportu w stołecznych miastach...

A dzisiaj? Trzymam kciuki za Janowicza. Pomimo tego, co pół żartem, pół serio napisał mi na facebooku brytyjski znajomy:

"Oczywiście brytyjska prawicowa prasa uwielbia jęczeć o polskiej imigracji, polskich obciążeniach dla systemu opieki medycznej, o "kradzieży naszych miejsc pracy" itd., ale tak naprawdę nikt tego nie słucha ani się nie przejmuje. Ale jeśli Janowicz wyeliminuje Murraya z Wimbledonu w roku, kiedy nie ma tam Federera ani Nadala, lepiej biegnij, biegnij jak najdalej: brytyjska tolerancja nie sięga tak daleko".

Ben, ja mogę biec.
Trwa ładowanie komentarzy...