Referendalne debatowanie po polsku

Wciąż wierzę w to, że dialog jest najlepszą drogą do rozwiązywania problemów, także problemów politycznych i - w co czasami trudno wierzyć słuchając telewizji informacyjnych lub stacji radiowych - także w Polsce. Problem w tym, że debata po polsku - pomimo szumnych zapowiedzi, używania słów o demokracji i kulturze sporu - nie ma nic wspólnego z debatowaniem ani dialogiem.

Trafnie pisała o tym, choć w szerszym kontekście, Marta Bucholc na łamach Kultury Liberalnej: "Wydaje się, że w naszym kulturowym wyposażeniu brakuje trzech ważnych elementów: przekonania o wspólnym celu rozmowy, założenia dobrej woli partnera dialogu i woli pozostania we wspólnocie dialogującej. Są to warunki dialogu należące do formacji etycznej, do sfery praxis, nie zaś do obszaru kompetencji czysto intelektualnych".


Polskie debaty to zazwyczaj panel tych samych postaci, które znają się jak łyse konie i od dawna są po imieniu, ale na potrzeby spektaklu za jaki uznali debatę przyjmują pozy: są per "Pan, Pani", wchodzą w zażarte spory o niczym, często nawet średnio orientując się w tym, o co się kłócą. Formuła spektaklu - często podsycana ignorancją dziennikarza lub innego moderatora, który sam ledwo się orientuje w tematyce - sprawdza się w mediach, generuje oglądalność i polaryzuje nas coraz bardziej.

Ale te dyskusje da się jeszcze obronić: to teatrzyk, często mocno nieformalny (jak np. "Kawa na ławę") i przypominają czcze gadanie o polityce, jakie odbywa się w wielu polskich domach. Tu jakiś kontrowersyjny pogląd, tu ktoś się pokłóci, tu ktoś zje kanapkę, tu ktoś rzuci przaśnym żartem.

Gorzej, kiedy ktoś próbuje zrobić Debatę. Taką przez duże D, z założenia: poważną, istotną, "opiniotwórczą", najlepiej przy okazji jakiegoś kontrowersyjnego wydarzenia, kiedy można sobie przy okazji zrobić reklamę dla swojej organizacji, portalu, grupy inicjatywnej. Oczywiście, trzeba pochwalić wyczucie w promocji siebie samych, ale niestety, rzadko idzie to w parze z jakością tej Debaty.

Takich dyskusji było sporo: przed każdymi istotniejszymi wyborami lub referendami, ktoś chce zrobić Debatę. Zestawić przeciwników, podyskutować, przyciągnąć ludzi, jak się uda - złapać trochę mediów, gdzieś mignie nazwa organizatora. Były próby przed wyborami prezydenckimi, gdzie na Uniwersytecie Warszawskim mieli spotkać się wszyscy kandydaci. Chyba jeszcze nigdy nie udało się, żeby wszyscy przyszli - zawsze ktoś znajduje dobrą wymówkę, żeby akurat to zaproszenie odrzucić. Zresztą, umówmy się, często te dyskusje właśnie po to były organizowane - aby wywołać zamieszanie, wysłać zaproszenie (często przez media, informując o debacie), a potem wielce dziwić się, że druga strona nie przyszła. Ach, jaka ta druga strona zamknięta na dialog, ach, jaka niedemokratyczna niemalże!

Najnowszą odsłoną debatowania po polsku jest cokolwiek absurdalna próba zorganizowania dyskusji pomiędzy Hanną Gronkiewicz-Waltz a jej politycznymi przeciwnikami przed warszawskim referendum. I nie jest to próba absurdalna, bo idea nie ma sensu, ale dlatego, że organizatorzy dyskusji - otwarcie proreferendalny portal Polityka Warszawska i 'wolnościowo-patriotyczna' organizacja Młodzi dla Polski - zaproponowali najbardziej irracjonalny model dyskusji, jaki mógłby być zastosowany w dyskusji przedreferendalnej. Prezydent Warszawy miałaby dyskutować z DZIEWIĘCIOMA (!) przeciwnikami, reprezentującymi nie tylko istotne partie polityczne, ale także liderzy tzw. 'planktonu', partii pozbawionych znacznych wpływów w Warszawie, ale zrzeszonych w kampanii referendalnej: m.in. Przemysław Wipler, Czesław Bielecki, Elżbieta Jakubiak, Piotr Ikonowicz (!) i Andrzej Rozenek.

Nie zrozumcie mnie źle: jestem pewien, że każda z tych osób ma ciekawe i ważne przemyślenia na temat obecnego stanu Warszawy pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jestem pewien - a przynajmniej chcę w to wierzyć - że każda z tych osób mogłaby zaproponować ciekawe rozwiązania dla miasta, wykonalne i policzone. Niech napiszą artykuł. Program. Propozycję. Cokolwiek. Ich udział w debacie nie ma żadnego sensu - sprawiają, że układ sił w dyskusji jest nierówny, a zamiast skupiać się na prostym referendalnym pytaniu: czy chcemy pozostawić na stanowisku HGW (jeśli tak, dlaczego? jaki jest jej plan?) czy odwołać (jaka jest alternatywa? co można zrobić realnie inaczej przez ten rok? co wydarzy się w Warszawie, jeśli odwołamy Prezydenta i Premier powoła komisarza?), dziewięć różnych postaci, z różnymi, często marginalnymi, poglądami politycznymi miałoby grillować urzędującą Prezydent, siedzącą samodzielnie.

Organizatorzy krzyczą: ale przecież dajemy równy czas obu stronom (jak rozumiem, zjednoczonej ekipie zwolenników referendum i Hannie Gronkiewicz-Waltz)! Czy naprawdę zakładają zatem, że ktokolwiek o jakimkolwiek zmyśle politycznym zgodzi się na dyskusję, w której dziewięć osób ma po 2 minuty, żeby atakować swoją rywalkę, a ta musi im odpowiadać piętnastominutowym wykładem, żeby odpowiedzieć na ich zarzuty? To nie ma sensu. To nie może zadziałać. Przekaz z takiej dyskusji jest jeden: wiele głosów krytyki, a osamotniona Prezydent musi się bronić długimi, pokrętnymi wykładami.

Tylko takie wrażenie byłoby błędne. Jak wiemy, odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz nie jest oczywiste; wciąż istnieje duża grupa ludzi zadowolonych z jej rządów (to imponujące, swoją drogą). I co, Prezydent ma teraz przyciągnąć swoją ósemkę, która uzupełni jej zespół? I łącznie będzie dyskutowało 18 osób, dla zrównoważenia sił? Czy może ma się stawić sama do walki z dziewięcioma przeciwnikami i dwójką moderatorów, z czego przynajmniej jeden jest otwarcie zwolennikiem referendum i krytykiem partii rządzącej w Warszawie, licząc na to, że nagle stanie się obiektywnym moderatorem, równo dbającym o interesy obu stron?

Jakby mało było absurdu w formule debaty, uwagę zwraca też wybór miejsca dyskusji. Początkowo miała się odbyć na Uniwersytecie Warszawskim, ale najwyraźniej organizatorzy zapomnieli o tym poinformować sam Uniwersytet, więc została przeniesiona do... Teatru Palladium na Złotej. Tego samego klubu, w którym regularnie odbywają się spotkania dot. katastrofy smoleńskiej, zarówno dziś - kiedy występują tam przedstawiciele tzw. zespołu Macierewicza - jak i wcześniej, kiedy służył innym politycznym spotkaniom o niewątpliwie prawicowym profilu. Być może się mylę i coś się zmieniło w tej kwestii, ale o ile pamiętam ze swojego pobytu na Uniwersytecie Warszawskim, lokal ten jest zarządzany również przez środowiska o mocnym odchyleniu prawicowym.

Miejmy jasność: czy to coś złego? Nie. Niech zarządzają, organizują dowolne spotkania w ramach wolności słowa, nie mam nic przeciwko temu i życzę im powodzenia w politycznej, społecznej i kulturalnej działalności. Uważam, że mają pełne prawo do organizowania tam spotkań każdego zespołu, każdych ekspertów i każdych dyskusji politycznych.

Ale.

Ale jeśli ktoś chce robić Debatę - taką przez duże D, poważną, merytoryczną, sensowną, przyciągając dla realnej dyskusji, a nie politycznego festynu - to powinien zadbać o to, aby nie proponować stronniczej formuły, stronniczych moderatorów w jednoznacznie kojarzonym miejscu.

No, chyba, że zaprasza tylko po to, żeby zaproszenie zostało bez odpowiedzi lub odrzucone, aby można było pokrzyczeć o niedemokratycznych standardach, braku dialogu i wszystkich innych grzechach głównych. Ale chyba nie powinienem nikogo o to osądzać, prawda?

Urocze jednak, że nieudolną organizacją debaty - po raz kolejny - środowisko proreferendalne bardziej pomaga Hannie Gronkiewicz-Waltz niż sobie. Jej największą siłą są ich błędy; jej błędy– ich największą siłą. Źle to świadczy o warszawskiej polityce, choć wyścig dwóch ślimaków będzie w niedzielę bardzo fascynujący. Szkoda, że kosztem warszawiaków.

Prawda jest taka, że realna dyskusja o Warszawie jest nam cholernie potrzebna. Prawdziwa, mądra, poparta wykonalnymi planami. O alternatywach referendalnych, o tym "co jeśli", o tym, jak to miasto ma wyglądać. Na mądrych zasadach, w dobrym, neutralnym miejscu, z prawdziwym moderatorem. I żadna ze stron nie oferuje nam tego w najmniejszym stopniu.

Szkoda tylko, że zamiast tego referendalny festyn trwa dalej i, co gorsza, wciąga w to trzeci sektor. Polityczna zapalczywość w tej sprawie przekroczyła dawno zdrowe granice. Po obu stronach, zdecydowanie.

Początek "debaty" w Palladium za pół godziny.

PS. Zachęcam do lektury mojego innego tekstu o tym, dlaczego to referendum jest takie męczące, na łamach Kultury Liberalnej:

Im więcej w warszawskim referendum brudnej polityki i rozgrywek pomiędzy partyjnymi liderami, z których żaden – od urzędującej prezydent do organizatorów plebiscytu – nie ma spójnego planu dla miasta, tym większe zdumienie budzi położenie obywateli. To, co powinno być najważniejsze – ich dobro – już dawno jest na marginesie.
Trwa ładowanie komentarzy...